Po pierwsze, nie mogłem ruszyć rękami... nie to, żebym ich nie czuł... były,
a jakże, ale jakieś takie... wirtualne? Trzęsące się zupełnie jak dżojstik
z
wibratorem...
- Kurwa go mać - zakląłem szpetnie. - No i jak ja mam pisać bestsellery, jak
mi tak ciągle śmigają?
Ale palce, to był mały problem - moje serce od dłuższego czasu wybijało
arytmią
nerwowe esoesy...
Potem naszło mnie pragnienie... o boże... nie, nie takie zwykłe...
pustynne... wielbłądzie...
Głowa? Głowa nie pękła mi na tysiące kawałeczków tylko dlatego, że ją już
dawno (tak jak teraz przytomność) straciłem...
Otaczała mnie ciemność, która powoli zmieniała się w burą szarość... a potem
usłyszałem ten, wcale nie anielski, zachrypnięty jak u śp. Himmilsbacha
głos:
- Malarze na lewo, poeci i pisarze prosto, a muzycy w prawo. I ruszać się.
Żywo, żywo!
No co jest, Vincent... Uszu nie masz? Powiedziałem przecież wyraźnie,
malarze na lewo. Homer! Hej Homer! Nie widzisz jak do ciebie macham? Pokaż
Williamowi drogę. A ty Willi go nie szczyp, zboczeńcu!
No, jak Boga kocham! Panowie! Czas to pieniądz, a wy zachowujecie się,
jakbyście całą wiecznością dysponowali. Michał, aniołku! Przestań mazać po
ścianach i sufitach, bo cię wyślę do graficiarzy.
A ty pijaku gdzie się pchasz? Tak, tak - do ciebie Leon mówię! To
poziom
tylko dla artystów...
...Nie, kochaniutki, żadnych wyjątków...
internetowych? Nie bądź śmieszny! Nawet Literacka Nagroda Nobla nie
gwarantuje wejściówki... I nie chuchaj we mnie... Jest tu kilku twoich
rodaków i wszyscy lubili sobie golnąć. To wasza cecha narodowa?
...Piotruś? Piotruś to ja jestem dla przyjaciół... o nie, kolego,
klaparąsiabuźkagożdzik - to dopiero gdzieś w okolicach trzeciej randki...
...No idź, idź mi już stąd! Nie obchodzi mnie gdzie... Po prostu wracaj na
tą
swoją grupę dyskusyjną...
...No szoruj mi stąd, bo jak nie, to cię ześlę na wieki wieków na sam dół...
tak, tak - do dekadentystów...
Halo, halo! Ej, Ludwig! Ogłuchłeś, czy co? Idź za tym mańkutem z gitarą. On
zna drogę. Powtarzam ostatni raz. Muzycy na prawo, pisarze prosto...
Ocknąłem się wczesnym popołudniem. Ręce dygotały tak jak i przedtem, serce
zresztą też.
Resztkę sił włożyłem w zwleczenie się z barłogu i trud odchylenia zasłony -
oślepiające słońce poraziło moje opuchnięte oczy. Spojrzałem na zegarek -
było po trzynastej, więc sklep monopolowy już zapewne otwarty.
Do niesamowicie wymiętej jednorazówki wstawiłem puste, kaucjonowane
butelki, przeliczyłem jeszcze raz (na jedno powinno wystarczyć?), nałożyłem
trampki, Blusowi obrożę i potruptałem powoli w stronę karnie stojącej po
jabcoki kolejki...
No, nie powiem, żeby to nadspożycie wina owocowego wyrządziło Tobie szkody?
Przeciwnie Twój styl nabrał lepszej pikanterii. Poza tym użyłeś tu po raz,
li tylko i wyłącznie własne tematy, a to jest dużo trudniejsze i nie każdy
daje sobie z tym radę. Zawsze tak jest, jak się wkłada w umysł serce.
A poza tym, ten aniołek Michałek? Też chyba niezłą rolę tu odegrał. Czasami
malowanie po ścianach daje satysfakcję nie tylko ich twórcom, ale i ich
odbiorcom?
To mi się bardzo podoba, bardzo.
Myślę, że tym razem będziesz miał sporo zwolenników dla dobrej oceny.
Gromek pewnie zatrzyma swój proces, aby wyrazić swoje opinie. Co do Radka,
to pewnie przywali jakiś trafny aforyzm z grubej rury.
Czy będzie część 2-ga?
Zachwycona wielbicielka tekstu
Irena
"Spojrzałem na zegarek -
było po trzynastej, więc sklep monopolowy już zapewne otwarty"
Oj, komuś się marzy. Stare dobre czasy niestety nie wrócą.
--------
Gdy dotarłem do krzywo uśmiechającej się ekspedientki z wrażenia
zapomniałem, po co właściwie wylazłem z domu. Gniewny pomruk za moimi
plecami szybko jednak przywrócił mnie do rzeczywistości.
- Uśmiech Sołtysa poproszę
- Nie ma
- Eeee... a wino marki Wino?
- Też nie ma.
Serce zadrżało z niepewności. Wykupili, cholera, całość wykupili. Rzuciłem
wszystko na ostatnią kartę
- Kwiat Jabłoni?
- No przecież mówię, było wyszło, zresztą oczu nie ma? Stoi na półce? Nie,
to co sie głupio pyta.
Jej głos był niczym wyrok śmierci ogłoszony przez szacowne kolegium
skazującym porządnych obywateli na separol.
Poczułem, jednak w sobie moc pozwalającą na obalenie wszelkich barier. Nie
dam sobą pomiatać, pomyślałem. Spojrzałem wyzywająco w tę uśmiechniętą twarz
i z butą w głosie zapytałem.
- A co jest?
- Denaturat.
Jednak Bóg mnie nie opuścił...
- Poproszę flaszkę i bochenek chleba...
Beeorn
- dla niewtajemniczonych, bochenek chleba do filtracji.
i z butą w głosie zapytałem.
- A co jest?
- Denaturat.
Oj, komuś się marzy. Stare dobre czasy niestety nie wrócą.
Apodyktyczna sprzedawczyni odgrodzona szeroką ladą wpatrywała się we mnie z
nieukrywanym wstrętem. W jednej ręce trzymała zwiniętą w rulon Trybunę Ludu
i wachlowała się, czasami odpędzając jakąś wyjątkowo upierdliwą muchę,
drugą, z pomalowanymi krwawo paznokciami wystukiwała na brudnej szklance
rytm znanej melodii. To było coś z klasyki, chyba "Marsz Torreadorów". Za
jej plecami na półkach solidnych regałów stały w równych rządach butelki
octu, słoiki musztardy i niskosłodzonego dżemu truskawkowego, a na podłodze,
w drewnianych, ledwie oheblowanych skrzynkach, nektar bogów - cel mojej
wizyty - kordiał wiśniowo waniliowy w większej butelce i koktajl miętowy o
smaku czarnej porzeczki z większą zawartością alkoholu (i siarki).
Stałem niezdecydowany, ale w końcu przemogłem się i podszedłem do lady
- Carmen? - zapytałem chcąc nawiązać rozmowę.
- U mnie fajki nie występują. Pytaj pan w "Ruchu" - fuknęła.
- Carmen Bizeta? - wskazałem na szklankę i jej ciągle stukające palce.
- A gdzie tam, zwykła Marago... A co się pan tak wypytujesz? Książkę pan
piszesz, czy co?
- Jeśli kiedyś spróbuję, to na pewno uwiecznię tą scenę... Ale teraz
chciałbym się czegoś napić...
- Dobra, dobra, a papier pan masz? - zapytała kobieta, prześwietlając mnie
nienawistnym spojrzeniem.
- Nie potrzebuję papieru, wolę pisać na laptopie. To wygodniejsze...
- Że co?!
- Na komputerze... Wie pani co to jest komputer?
- No jasne ha,ha. Na kompiuterze... Może takim kieszonkowym, co się w
walizce mieści? Oj bo pęknę ha, ha, ha.
Przyjrzałem się jej. Nie była brzydka - była nijaka. Nie wiedziałem co ją
tak śmieszyło, więc zapytałem:
- Nie wiem co panią tak śmieszy, chciałem się tylko czegoś napić...
- A ja się pytam słodko: - złotko, masz papier? Bo napoje są na kartki, a
bez kartek nie ma nic!
Wydłubałem spod wkładki w trampku banknot o nominale dziesięciu złotych i
delikatnie rozprostowałem. To był mój zaskórniak na takie jak ta okazje:
- A co, to nie papier? - pomachałem banknotem przed zdziwioną
sprzedawczynią. - Przecież to można wymienić w każdym kantorze na papier!
- Won mi z tą kalkomanią, żartownisiu - ryknął babiszon, próbując trafić
mnie gazetą, jakbym to ja był natrętnym owadem.
O co jej chodzi? Popatrzyłem na banknot. Ot normalny bilet NBP z
wizerunkiem prezydenta Leppera. O co jej może chodzić?
- No co jest? Co ci, proszę pani, nie pasuje?- krzyknąłem mocno już
rozdrażniony. Powoli zaczęło do mnie docierać, że może święty Piotr coś
pokręcił i wysłał mnie nie do tego czasu co trzeba.
No dobra, mniejsza o czas. Teraz najważniejsze to ugasić pragnienie.
- To co tu można kupić bez kartek? Może denaturat chociaż? - zapytałem
pokorniej nieco.
- Denaturat jest tylko na deputat dla turystów. Trza przyjść ze
skierowaniem na wczasy i z prymusem... z maszynką się znaczy...
- A tam w kącie, kierowniczko? Co tam stoi, słodziutka? - zapytałem
klękając i obcałowując dłoń mojej pogromczyni. - O wielkie nieba... czy aby
mnie oczy nie mylą... czy to przypadkiem nie woda brzozowa...?!!!
Słychajcie, ja przepraszam, wiem, że to NTG, ale może ktoś wie po jakim
czasie znika anulowana wiadomość z serwera? Czekam już kilka dobrych godzin
i nic. Wysłałem przypadkiem nie na tą grupę i kicha straszna.
Odetchnęłam.
Juz nie muszę stać na straży, bo za żadne skarby nie dopuszczam denaturatu.
Jestem strasznie śpiąca
dobranoc
przeastraszona Irena
Po jakim czasie znika anulowana wiadomość z serwera
Wszystko zależy, na naszej grupie prawie 0,5godziny. Ale ona tak naprawdę
nigdy nie znika, zawsze jest w archiwum.(tylko jej nie można pobrać)
Irena
Użytkownik "Irena"
Skąd wiesz czy ona tam jest?
chcesz żeby sprawdzić to daj dane
Irena
możesz priv
Masz subskrybowaną p. soc. dekadentyzm? Jeśli tak, to dziś idź już
spać(koniecznie!), a jutro (jeśli już takaś uczynna:), zerknij czy z
wczorajszą datą jest post zatytułowany" "Trzeźwe..."
Dzięki i dobranoc
"zerknij czy"
Możesz juz spać spokojnie.Jesteś czysty jak łza. Grupownicy nie znajdą już
niczego.
cześć
uczynna
"Klaparąsiabuziagoździk" zapożyczyłem od "bzd"
Co odczułam jako czytelnik po przeczytaniu całości utworu LesP?
Początek był bardzo zajmujący. Wydawało mi się, że widzę człowieka który ma
kłopoty lecz próbuje rozwiązywać swoje problemy i miałam nadzieję, że
wyjdzie z zakrętu- świadczyły o tym słowa, zdania, które wypowiadał, ciekawe
rozmyślania ujęte ładnym tekstem. Taka postać zawsze wzbudzi żywe
zainteresowanie ludzi i przyjaciół.
Niestety 2-ga część to już jest dno. Czytelnik widzi, że bohater nie
prezentuje sobą niczego, gorzej jego samego(bohatera) podnieca beznadzieja i
jest mu z tym dobrze i niczego więcej nie chce. Mówią mądrzy: jeżeli pijak
pije gatunkowe wódki, to jeszcze nie jest z nim źle. Niestety od wody
brzowej odwracają się najbardziej wytrwali? Tam już nikt nie pomoże, bo
zniszczenia szarych komórek są nieodwracalne.
Przyszłość dalszej pisaniny ... to leżenie na plecach, opisywanie potrzeb
fizjologicznych, wulgarne słowa itp itd..
Opowiadanie nie nadaje się nawet do archiwum.
Irena jako surowy krytyk
ps. dziś jest dzień kawałów(1.04), więc może będzie zamiennik 2-giej części
"trzeźwego spojrzenia ..."
To jak, podniesiesz rękawicę?
Chyba za wcześnie, aby przeszedł do pamięci, czasami dobrze trzymający pióro
w ręku - Les P...
i ...."Aby powagi żałoby nie naruszyć (ale jednocześnie w gnuśności nie
trwać), ustalmy termin na 9 kwietnia."
Les P
Les P zadaje pytanie:
"Ktoś kogoś deptał?"
Pozdrawiam
Les P
No dobrze, na dzisiaj kończę, bo chcę na żywo uczestniczyć w mszy.