A HARD DAY'S NIGHT
Dekadence Club
Chicago, 10 september 1929
Poprawiłem opadający z ramion kaszmirowy płaszcz, odsunąłem rondo
filcowego kapelusza, ująłem mocniej futerał kontrabasu i wkroczyłem
śmiało do ciemnego holu. Odczekałem chwilę by przyzwyczaić wzrok
i ruszyłem przed siebie. Nie uszedłem daleko: drogę zastawiała olbrzymia
kanapa a na niej leżała Ona i malowała niesamowicie długie paznokcie
czarnym lakierem
- Czego? - warkneła na przywitanie.
- Szukam Tutti di Capo...
- Tu się wchodzi tylko z zaproszeniami, a ty mi wcale
nie wyglądasz na miłośnika włoskiej opery - spadaj.
- Mam do niego interes. Nie wyjdę stąd, póki go nie zobaczę!
- Chcesz mi wmówić, że nasz kochany ojciec chrzestny zaszczyciłby
takiego błazna rozmową? Czy ty jesteś infantylny, czy to taki image?
Gotyx i Ysmad - wyrzućcie stąd tego dupka!
Dopiero teraz ich dojrzałem: wynurzyli się z cienia i mruczęc basem
przekleństwa ruszyli w moją stronę. Obaj byli wyżsi o głowę ode mnie
i każdy ważył znacznie więcej niż kwintal ziemniaków. Kiedy podeszli
na wyciągnięcie ręki - wziąłem zamach i nożycami kopnąłem ich w,
nanosekundowych odstępach, z całych sił w krocze. Zapieli cieniutko,
swojego kącika. Wiedziałem, że nie będę miał już z nimi więcej kłopotów.
- Czy on jest sam? - zapytałem zszokowaną dziewczynę, pokazując
masywne dwuskrzydłowe drzwi.
Pokiwała przecząco głową. Nie miałem powodu by jej nie
wierzyć. Oparłem futerał o ścianę, kliknęły zatrzaski i po chwili
trzymałem w dłoniach dwa Thompsony z bębnowymi magazynkami
mieszczącymi po 100 naboi kaliber 11,43.
Jeszcze jeden kopniak i byłem w środku...
Kilku goryli zerwało się od stolików i wyciągnęło rewolwery.
Nie mieli żadnych szans.
Łuski wylatując łukami opadały brzęcząc na podłogę, a obień
wylotowy zalał całe pomieszczenie stroboskopowym blaskiem.
Kilka postaci zatańczyło upiorny taniec do muzyki jaką wydawała
moja broń, a potem wszystko nagle ucichło.
Wyczerpałem amunicję, więc odrzuciłem precz bezużyteczne już automaty,
ale ich rozgrzane lufy jeszcze długi czas jarzyły się rubinowo w półmroku.
W tej samej chwili zza przewróconego stołu wychylił się gość
w prążkowanym garniturze i uśmiechnął się ironicznie.
- Siejesz wiatr, a tu pesteczek zabrakło, co? A to pech! ha, ha! A to
obciach! - mówiąc to wycelował we mnie rewolwer i wcisnął spust...
Klink, klink, klink - sucho trzasnęła iglica. Facet pobladł, upuścił
broń i padając na kolana zaczął błagać o litość.
Zrobiło mi się go autentycznie żal i postanowiłem darować mu życie.
Odchodziłem już, gdy usłyszałem jakiś szelest - odwróciłem się
i ujrzałem, jak sięga po inną broń leżącą na ziemi.
Wyćwiczonym ruchem uchyliłem poły płaszcza i błyskawicznie
przeładowałem obrzyna wiszącego na skórzanej taśmie.
Wystrzał wyrwał mu w brzuchu dziurę wielkości pięści;
cisnęło nim o ścianę, osuwając się po niej zostawił krwawy ślad,
który - dziwnym trafem - ułożył się w litery PSD.
- Ciekawe, co może oznaczać ten skrót? - szepnąłem niemal bezgłośnie,
bardziej zaciekawiony niż zdumiony, ale na wszelki wypadek
zrobiłem znak krzyża i splunąłem kilka razy przez lewe ramię.
W kącie stało pianino a przy nim siedział przerażony Clark z rękami
uniesionymi do góry. Chyba czekał na kulkę; wygrzebałem z kieszeni
ćwierćdolarówkę i cisnąłem w jego stronę.
- Zagraj coś Scota Joplina - poprosiłem i w tej samej chwili
pomieszczenie wypełnił "Maple Leaf Rag"
Skierowałem się w stronę baru. Zanim tam dotarłem, zza filaru
wyskoczył inny gostek i rycząc jak ranny bawół, opróżnił
magazynek swego colta.
Uchyliłem się przed nadlatującymi pociskami zostawiającymi kręgi
w gęstym od tytoniowego dymu pomieszczeniu, upuściłem strzelbę
i wyszarpniętymi z kabur pod pachami dwoma browningami
zrobiłem mu kilkanaście ślicznych dziurek na wylot.
- No to Rip... stęknął, błysnął białkami oczu i zwalił ciężko na ziemię.
Jako niepoprawny esteta nie byłem zadowolony z efektu:
literka R z napisu, jakim mu podziurawiłem piersi wyszła
nieco koślawo...
Przy barze siedział Kankan. Nigdy go wcześniej nie spotkałem, ale
wiedziałem, że to musi być właśnie On:
świetnie skrojony garnitur, nieskazitelnie czyste buty,
sygnet z rubinem wielkości wiśni, wysmarowane
brylantyną włosy - i ten idealnie podcięty czarny wąsik... tak, to bez
wątpienia CK.
Ta cała banda, leżąca teraz w kałuży swojej krwi na podłodze,
mogła mu tylko pozazdrościć charyzmy.
Siedział przy barze, patrzył przed siebie i spokojnie palił papierosa, a
smużki dymu tkały ulotne wzory nad jego głową w nieruchomym powietrzu.
Podszedłem i usiadłem obok na wysokim stołku.
- Cześć - powiedziałem chowając pistolety i rzucając kapelusz na blat.
- Cześć - odpowiedział obojętnie.
- Szukałem cię.
- Trudno nie zauważyć efektu twoich poszukiwań. - wskazał kciukiem
pobojowisko za sobą. - A jaki jest cel twojej wizyty, jeśli to nie
tajemnica?- zapytał.
- Chciałem ci postawić drinka.
- Ja już mam drinka - wskazał na opróżnioną do połowy szklankę
stojącą przed nim.
- Kankan, proszę - nie stawiaj mnie w niezręcznej sytuacji. Obiecałem...
- W porządku. Hej Asselo! - krzyknął i w tej samej chwili spod kontuaru
wyjrzał wystraszony kelner.
- Asselo, nalej mi jeszcze raz to samo, a naszemu gościowi...?
- A co ty pijesz? - zaciekawiłem się.
- UHT 0,5
- To ja poproszę to samo, tylko dwuprocentowe.
- Może być łaciate? - zapytał trzęsącym się głosem Asselo.
- Może być! - ryknęliśmy z Kankanem niemal jednogłośnie...
Po kilku kwadransach, gdy na blacie przed nami walało się kilka
pustych kartonów, a Kankan opowiadał kolejny dowcip o Bogini
w Lamborgini - kątem oka dojrzałem w lustrze nad barem trzech
facetów skradających się wzdłuż ściany, z rurkami w dłoniach.
Z wewnętrznej kieszeni marynarki wyszarpnąłem spręzynowy nóż,
wysunąłem ostrze i z półobrotu cisnąłem w środkową postać.
Nie byłem jeszcze odurzony, bo trafiłem go w źrenicę oka, ale dziwne, że
pozostałych dwóch też upadło..
- Ech, szkoda... to był tylko hydraulik. Wymieniamy właśnie instalację w
toalecie... Trudno, tą robotę dokończy ktoś inny - zarechotał mój towarzysz
i otworzył kolejne opakowanie...
Bawiłem się świetnie, ale gdy pierwsze promienie budzącego się słońca
podświetliły krwawo grube kotary, poczułem, że na mnie już czas.
Pożegnałem się z nim wylewnie i zygzakiem zmierzałem do drzwi;
i gdy tak stałem już z ręką na klamce, a upojna czkawka regularnie
wstrząsała moim ciałem, przypomniałem sobie coś bardzo istotnego.
- Czarny Kankanie....ep...przyjacielu... ep... nie zapomnij...ep...
pozdrowić Annę.. ep...ep.. i Elkę...ep...ep...
- Taaa jasne, ale chyba chodzi ci o pa pa i one... - odparł i usnął z
twarzą w popielniczce.
Wyszedłem na zewnątrz.Ysmad i Gotyx ciągle klęczeli w kąciku,
a Kate siedziała skulona w narożniku kanapy i płakała.
Podszedłem do niej i ująłem delikatnie za ramię.
- Jestem beznadziejna, prawda? - zapytała powstrzymując łzy.
- Nie, to tylko źle dobrany makijaż.
Ująłem jej śliczną twarzyczkę w dłonie i próbowałem wytrzeć łzy kciukami,
ale tylko rozmazałem tusz... Rozejrzałem się spanikowany po pomieszczeniu,
na szczęście nigdzie nie dostrzegłem lustra.
- Czy jak przyjdę następnym razem, wpuścisz mnie? - zapytałem. Pokiwała
potakująco głową i próbowała się uśmiechnąć.
- Przyniosę kwiaty... A teraz zrób chłopakom okład z lodu... może to
pomoże... No dobrze, spadam... taki jestem skonany...
miałem wczoraj w pracy ciężki dzień...
THE END
Podobieństwo do wszystkich osób i sytuacji jest, rzecz jasna, zupełnie
przypadkowe, mimo to wszystkie nicki, pseudonimy, ksywki, przezwiska,
nazwy własne i lokacje zostały zmienione.
Skrót PSD nie oznacza tego, co niektórzy myślą, że oznacza.
PS
Kankan - nie dziękuj. Swoją przychylnością zasłużyłeś sobie na
nieśmiertelność*
Ups... znowu obciach... zapomniałem...
przecież Ty już jesteś - w pewnym sensie - nieśmiertelny?
Lokalne porachunki? Jesteś pewien, że to tu się powinno znaleźć? Wygląda
na to, że tu i tak jest wystarczająco nudno, więc po co ten tekst?
pozdrawiam
dotka
Pozdrawia Les P zawsze :-) (?)
PS
Zastanawiam się jeszcze, czy to była krytyka?
A jeśli, to czy
może być lekiem na nudę i dostarczyć materiału do przemyśleń?
Ależ oczywiście, bo to prawdopodobnie pierwsza w moim życiu
tak pouczająca i długa rozmowa składająca się z samych pytań!
Na koniec jeszcze jeden znak zapytania - nie potraktowałaś tego tekstu zbyt
serio?
Odpiszesz, czy szkoda słów?
:-)
pozdrawiam
dotka
Nie bądź tak lakoniczna, proszę. Toć swoim wciskaniem uratowałaś właśnie
"czyjąś karierę artystyczną" (emotion zawsze na końcu).
A mówiąc poważnie, to był kawałek specjalnie dla obłaskawienia innej srogiej
krytyczki, dlatego ten wyrażny motyw muzyczny. Kiedyś to przerobię, skrócę i
będzie ptokbols. Wiem, wiem - powinienem to wysłać privem, ale wtedy nie
miałbym okazji porozmawiać z Tobą (znowu pytacz?).
Swoją drogą to karygodne, żeby zrywać człowieka o szóstej rano w niedzielę -
pytaniami, a potem tłumaczyć se niepamięcią!
pozdrawiam
dotka
Pozdrawiam
Ja bardzo lubię imię Leon. To piękne imię. I bardzo lubię paprotki :).
Mam cały ogród paprotek, hektary tylko dla paprotek :))).
dobranoc, grzeczny dyg ;-)
dotka
Dekadence Club
Chicago, 10 september 1929
tak to było:)
"Bez ciebie światła, jakbym nie widział
mimo, że oczy otwarte mam
z tobą dostrzegam każdą różnicę
czasu nie liczę, nie jestem sam
jesteś moją kokainą, planetą mocy bez dna
jesteś moją kokainą, fa na na
bez ciebie ziemi brakuje wdzięku
niebu polotu, zapachu bzom
i tak bez końca mógłbym ci śpiewać
fa na na na na na na na..."
Pozdrawiam
Jesteś jednostką przeczuloną na układ jednostek SI? No nie wiem... jankesów
chyba też obowiązuje? Z drugiej strony, główny bohater nie jest polonusem,
tylko ziomalem znad Wisły i ma skojarzenia przaśne. Nie jestem mocny w
agrokulturze, ale coś mi świta, że worek ziemniaków waży chyba pół kwintala,
bo inaczej mało kto by go uniósł.
W każdym razie dziękuję za zaproszenie i miłe słowa z samego rana.
A fe, tak stręczyć... ładna chociaż? charyzmatyczna? ma poczucie humoru?
I najważniejsze - czy ona lubi mleko?
[ciach wszystko]
Bo coś mi się wydaje, że to jest przykład, jak różne bywają skojarzenia.
I skojarzenia jednej i drugiej osoby biegną sobie po innych krzywych
;-))). W sumie, ciekawe :).
pozdrawiam
dotka